Tekst do katalogu

 

Prof. Andrzej Bednarczyk

 

Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie

 

 

 

Po co ludzie malują obrazy? Jest to jedno z tych pytań, na które po latach przestałem już oczekiwać odpowiedzi. Tak naprawdę odpowiedzi słyszałem i czytałem tysiące, ale żadna z nich nie jest ostateczna, ni zadawalająca. Ich lektura jest jedynie fascynującą wędrówką po epokach, światopoglądach, sposobach rozumienia sztuki i niczym ponad to.

 

Tekst poświęcony twórczości Izabeli Kostiukow rozpocząłem od tego pytania tylko dlatego, że przyszło mi do głowy po przeglądnięciu dokumentacji jej prac malarskich.

 

Czy obrazy Izy starają się być ładne, sympatycznie dekoracyjne, zdolne upiększyć zestaw mebli w salonie? Na pewno nie. Autorka nie dba o tanią elegancję, nie przygładza nierówności ruchu pędzla ani nie ulepsza kształtów. Tych obrazów nie da się użyć do dekoracji. W ogóle nie da się ich użyć do niczego. Zawsze wymkną się narzuconej im funkcji, będą wierzgać, aż wyrwą się z niewoli bycia grzecznymi. Są wolne. Nie służą do wieszania na ścianach. To raczej ściany istnieją po to, żeby obrazy miały gdzie egzystować i nucić same sobie swoje „melodie”.

 

A może Iza w swoich obrazach ukazuje świat? Nie, to też nie jest prawdą. Wprawdzie w tytułach i opisach znajdziemy niekiedy odniesienia do konkretnych miejsc, w których prace te powstawały. Co więcej, z pewną dozą samozaparcia dopatrzymy się tu i tam jakichś horyzontów, gąszczy, kopuł, ścieżek, ale konia z rzędem temu, kto podążając za nimi trafi dokądkolwiek. Tych obrazów nie użyje „gogle-maps” ani żaden system nawigacji satelitarnej. Nie da się w nich rozpoznać tego, czy innego widoku. Ale, na miły bóg, któż będący przy zdrowych zmysłach, może oczekiwać od malarstwa spełniania takich funkcji? Chyba jednak wielu. Pewnego dnia wszedłem do tatrzańskiego schroniska i zobaczyłem na ścianie obraz przedstawiający widok gór przed tym schroniskiem. Zdjąłem go, wyniosłem przed drzwi. Faktycznie wszystko się zgadza. Obraz ukazuje to, co widzę własnymi oczyma. Po co ktoś maluje widok i wiesza go na ścianie, za którą rozciąga się jego oryginał? Czy nie lepiej wyjść i podziwiać go w naturze?

 

Wielu turystów robi zdjęcia pięknych miejsc by pełniły funkcję pamiątek z urlopowych dni i żeby pokazać je znajomym. To mogę zrozumieć, chociaż w epoce „selfie” widać na nich raczej autorów stojących na tle tego lub owego miejsca. Problem z obrazami Izy leży w tym, że nie wyglądają jak pamiątki z podróży. Może jednak są one rodzajem dziennika? Nie, nawet do tego nie da się ich użyć! Zdają się być wolne od reżimu kolejno postępujących za sobą chwil. Co więcej, trudno byłoby poukładać je w chronologiczną linię, a gdyby nawet to się udało za podpowiedziami stylistycznych przemian, to i tak nie zrobimy z nich pamiętnika. To malarstwo zdaje się funkcjonować ponad czasem lub rządzić się innymi jego geometriami, w których chwile skaczą, przeskakują się wzajemnie, zamieniają miejscami, współbytują tłumnie w jednej sekundzie lub rozłażą się bez żadnego ordynku. Właśnie podążanie za ich stylistyką ukazuje meandryczną ścieżkę powrotów, zapętleń i przeskoków, pomiędzy którymi ukryta jest logika wynikania jednego obrazu z drugiego.

 

Od kilku lat obrazy Izy Kostiukow nabrały swoistości. A cóż to takiego, ta „swoistość” obrazu? Porównam ją do dojrzałości osoby, która kiedyś, będąc dzieckiem, a potem młodzieńcem, nie stanowiła sobą odrębnej jednostki ale była raczej częścią rodziny, grupy, watahy. Mówi się o kimś takim: „patrz, jakie ono podobne do dziadka”, albo: „te oczy, to cała mama”. Dopiero gdy osiągnie dojrzałość, staje się sobą. Podobnie się rzeczy mają z twórczością. Nikt nie staje się artystą w oderwaniu od historii. Każdy z nas wyrasta w artystycznej „rodzinie”, karmi się dziełami swoich poprzedników, na nich wyrasta, z nich czerpie. Dopiero po wielu latach nabywamy artystycznej krzepkości i swoistości. Ostatnie obrazy Izy zdają się być właśnie takimi. Dlatego niezależnie od motywu i przyjmowanych metod kompozycyjnych stały się rozpoznawalnie odrębne, choć nie oderwane od kulturowego kontekstu ich powstania.

 

Skoro więc obrazy Izy nie są ani dekoracjami, ani widokami świata, ni też pamiątkami z podróży, czy możemy je nazwać mentalnymi autoportretami? Mam tu na myśli autorskie spojrzenie na samego siebie, pomijające wygląd zewnętrzny autorki, a skupiające się na jej mentalności, uczuciach i osobowości. Trochę tak, ale nie bardziej niż w przypadku każdego artysty, który, chcąc nie chcąc, cokolwiek maluje, w jakiś sposób przedstawia też siebie samego. Czyni to bezwiednie poprzez sposób, w jaki ukazuje obiekt przedstawiany, poprzez indywidualne preferencje kształtowania kompozycji, przez niepowtarzalny klimat, jaki uzyskuje w zestawie barw, kształtów, kierunków i napięć pomiędzy nimi. Zapewne te charakterystyczne cechy obrazów ujawniają, jaką osobą jest ich autorka, ale nie wydaje mi się być zasadnym twierdzenie, jakoby Iza Kostiukow w swojej twórczości opowiadała o sobie. Jest tu tyle z niej, ile jest niezbędnym, aby osobiście „wyśpiewać” świat i trwożliwy zachwyt nad jego chybotliwym porządkiem.

 

Po co Iza Kostiukow maluje obrazy? Właśnie owo wizualne „wyśpiewywanie” świata, choć trochę pokrętnie, ale najlepiej zdaje się charakteryzować celowość twórczości Izy. Tak więc nie chodzi o to, żeby pokazać świat. Wtedy trzeba by mimetycznie skopiować kształty widzialnej strony rzeczywistości. Nie chodzi też o to, żeby świat ten wytłumaczyć. W tym przypadku należałoby rozłożyć go na czynniki pierwsze i ujawnić jego obiektywnie poznawalne mechanizmy. Gdyby zaś jej zamiarem było upiększanie świata, trzeba by malować miło, łatwo i przyjemnie dbając przy tym, by nie zakłócić estetycznego błogostanu odbiorcy. Nie chodzi tu też o tak ostatnio modne komentowanie rzeczywistości, lub poddawanie jej artystycznej krytyce (cokolwiek miałoby to dziwne sformułowane znaczyć). Tutaj koniecznym byłoby stosowanie kpiny, paszkwilu i perswazji czerpanych z propagandowego rezerwuaru środków sztuki zaangażowanej. Nic takiego nie znajdziecie w jej obrazach.

 

Co zatem znajdziemy w obrazach Izy Kostiukow? Żywioły i miary. Rozwichrzone gesty wstrząsane dynamiką niemożliwą do poskromienia oraz proste kreski, jak linijki przykładane do niesfornie wijącej się ryby. Gesty łukowo atakują brzegi obrazów, linie usilnie starają się uchwycić resztki policzalnego porządku. Ta dychotomia, rodem z kwadratury koła, z niepoliczalności stosunku 1:3,1415926535… jest nieusuwalna. Nie wszystko można przewidzieć. Nie wszystko można przeliczyć. Nie wszystko można chwycić „za pysk” i podporządkować sobie. Są takie wymiary świata, wobec których trzeba raczej milczeć, niż uwłaczać im próżną paplaniną. Tam, gdzie brak słów, pozostaje zaniemówienie przerażonego zachwytu: „wyśpiewywanie” świata.

 

Ot i wszystko, co mogę rzec o obrazach Izy.